niedziela, 21 czerwca 2015

Youtube - telewizja przyszłości?


Każdy kto posiada komputer z dostępem do internetu wie, czym jest Youtube. Serwis stworzony w 2005 roku do umieszczania i przesyłania filmów zupełnie za darmo coraz częściej zastępuje ludziom telewizję.



Dlaczego o tym piszę? Jako fan komiksów zawsze chciałem zobaczyć relację z Comic-Con'u w San Diego*, jednak nasza telewizja nigdy mi tego nie umożliwiła. Dopóki nie pojawił się on - Youtube. Szukając w sieci choćby wzmianki o evencie natknąłem się na relację telewizyjną właśnie z wykorzystaniem youtube'a.

 Po pierwszych pozytywnych wrażeniach (mimo wielu oglądających połączenie było bez zarzutu) dopadła mnie pewna myśl. Mianowicie, czy oni (telewizja) naprawdę chcą jak najlepiej dla fanów i bezpłatnie oferują oglądanie Comic-Con'u? Będąc ciekawym sprawdziłem linię programową stacji na kilka dni, żeby dowiedzieć się, czy event ten jest również puszczany w telewizji. Okazało się, że szefowie stacji, widząc ogromny popyt na to wydarzenie, postanowili wpuścić go do internetu, a czas antenowy poświęcić na różnego rodzaju seriale. Prosty zabieg, ale jakże dochodowy - witamy po Ciemnej Stronie telewizji.

Ale dosyć już o San Diego i Comic-Con'ie. Odpowiedzmy  na pytanie zawarte w tytule: czy youtube jest telewizją przyszłości? Jeszcze kilka lat temu z całą stanowczością powiedziałbym, że internet nigdy nie wyprze tradycyjnej telewizji. Jednak obecnie telewizja tradycyjna jest już trochę traktowana jako rzecz "stara". To pejoratywne określenie nie odnosi się, bynajmniej, do wieku  danego odbiornika, ale do jego zacofania technologicznego. Ponadto coraz więcej ludzi rezygnuje z telewizji tradycyjnej na rzecz internetu - w dobie nowych mediów z powodu braku czasu łatwiej jest nam obejrzeć ulubiony serial, czy sprawdzić bieżące wiadomości w internecie.

Właśnie mija 10 lat od pojawienia się Youtube'a. W ciągu tej dekady serwis ten przeszedł kilka przemian, które na stałe wywindowały go na sam szczyt. Dzięki jego popularności telewizja traci widzów, bo, nie oszukujmy się, kto chce oglądać swój ulubiony serial z piętnastominutowymi reklamami co pięć minut?  Kończąc zadam pytanie, na które odpowiedzcie sobie sami, indywidualnie: czy stacje telewizyjne są w stanie nawiązać równorzędną walkę z tworem inernetowym, który nie ma ograniczeń? 

Żużlowe święto w Opolu

Ryk silników, znakomita atmosfera, wielkie gwiazdy speedway’a – tak w skrócie można opisać turniej Opolska Karolinka rozegranego z okazji 65-lecia istnienia opolskiego żużla. 


Kilka miesięcy temu kibiców Kolejarza Opola obiegła informacja, że klub nie wystartuje w rozgrywkach II ligi w sezonie 2015/2016.  Jednak stadion przy ulicy Wschodniej nie zniknął całkowicie z polskiej mapy żużlowej. W święto Konstytucji 3 maja zorganizowano turniej Opolska Karolinka, w której swój udział zapowiedzieli, m.in. indywidualny mistrz świata w żużlu z 2010 roku Tomasz Gollob, a także trzykrotny mistrz globu Niki Pedersen. Ponadto stawkę zawodów uzupełnili: Artem Laguta, Joel Andersson, Martin Vaculik, Sebastian Ułamek, Kenny Wennerstam, Emil Grondal, Krzysztof Buczkowski, Andriej Lebiediew, Peter Kildemand, Artur Czaja i Emil Sajfutdinow.
Właśnie obecność tych zawodników przyciągnęła na stadion tłumy kibiców, którzy dopingowali swoich ulubieńców.
Po fazie zasadniczej zawodów, która składała się z 13 biegów najlepszy był Emil Sajfutdinow, który zdobył 11 punktów i wraz z 7 innymi zawodnikami (Vaculik, Gollob, Pedersen, Laguta, Ułamek, Buczkowski, Lebiediew) awansował do półfinału.
Dwa biegi, po których wyłoniono finalistów turnieju przyniosło wiele emocji. Najpierw z rywalizacji zrezygnować musiał Sajfutdinow, u którego doszło do kontuzji barku. W biegu 14. Zmierzyli się ze sobą Vaculik, Gollob, Lebiediew i Ułamek. Wygrał ten pierwszy przed  Łotyszem i popularnym „Sebą”. Gollob, który na początku zawodów prezentował się nieźle, jakby przygasł i w konsekwencji zajął ostatnią, czwartą lokatę. W drugim półfinałowym biegu niespodzianki nie było – wygrał Pedersen, drugą lokatę zajął Buczkowski, a za nim uplasował się Laguta.
Przed zawodami nikt nie wyobrażał sobie finału bez Golloba, bo każdy kibic czekał na rywalizację Pedersen-Gollob. Niestety, wskutek słabej jazdy nasz mistrz finał oglądać mógł jedynie z wysokości parku maszyn.
Do biegu finałowego zakwalifikowali się: Pedersen, Vaculik, Buczkowski i Lebiediew. W końcowym rozrachunku ze zwycięstwa cieszył się Martin Vaculik. Słowak wygrał bieg z czasem 61,90s. Drugie miejsce zajął Pedersen, a na najniższym stopniu podium stanął Buczkowski.

Turniej Opolska Karolinka, dzięki wielkim nazwiskom przyciągnął blisko 6 tysięczną widownię. Miejmy nadzieję, że mimo iż Opole nie startuje w tym sezonie w lidze speedway’a, to kolejne zawody przyciągną jeszcze więcej kibiców czarnego sportu.













Polacy znów na podium!

W dniach 15 stycznia – 1 lutego 2015 roku w Katarze odbyły się 24. Mistrzostwa Świata w Piłce Ręcznej Mężczyzn. W turnieju wystąpiły 24 zespoły – automatycznie do turnieju finałowego zakwalifikowała się Hiszpania, jako Mistrz Świata z 2013 roku, a także reprezentacja gospodarzy – Katar. Pozostałe drużyny zostały wyłonione w ramach kontynentalnych kwalifikacji.


Nie ma mocnych na Francuzów
Mistrzami Świata bezapelacyjnie została reprezentacja Francji. Trójkolorowi, grający równo w całej imprezie na 9 spotkań wygrali 8, a jedno zremisowali. Wygrywając grupę Szczypiorniści znad Sekwany w fazie pucharowej trafili kolejno na: Argentynę, Słowenię i Hiszpanię. Po pokonaniu dwóch pierwszych zespołów przewagą ponad 10-ciu bramek twarde warunki postawili Iberyjczycy. Podopieczni Claude Onesta pokonali Mistrzów Świata z 2013 roku  26-23, a w finale po pasjonującym widowisku zwyciężyli Katar 25-22 i unieśli ręce w glorii chwały zdobywając 3 raz w historii złote krążki.
Polacy na podium!
Podopieczni Michaela Bieglera po dość słabym występie na ostatnim mundialu (zaledwie 9. miejsce), mieli apetyty na medal. Po grupowej grze w kratkę – porażki z Niemcami i Danią – w fazie pucharowej dzięki determinacji, a także konsekwencji i szczęściu nasi Szczypiorniści wygrali kolejno ze Szwecją i Chorwacją. Niestety, w półfinale po słabej grze polskiej reprezentacji, jak również w mniejszym stopniu złych decyzji sędziowskich, musieliśmy uznać wyższość Katarczyków. W meczu o 3. miejsce przyszło nam się zmierzyć z Hiszpanami, którzy byli podrażnieni porażką z reprezentacją Trójkolorowych. Po dramatycznym pojedynku, dogrywce i heroicznej walce Polacy wygrali 29-28 i stanęli na najniższym stopniu podium.
Pieniądze nie grają?
Podczas tegorocznego mundialu wiele kontrowersji wzbudziła reprezentacja gospodarzy. Drużyna finalistów czempionatu była zbitkiem osób o różnych narodowościach, którzy przyjęli obywatelstwo Kataru. Głównym argumentem zawodników nie były względy sportowe (Katar nie jest zaliczany do światowej potęgi piłki ręcznej), lecz wielkie pieniądze. Pytanie tylko brzmi: czy w obliczu właśnie takich przepisów, pozwalających na zmianę reprezentacji kraju, sport ten, który z każdym wielkim wydarzeniem przyciąga milionów kibiców zamiast wielkiego widowiska będzie pokazem finansowej siły najmożniejszych reprezentacji.
Najwięksi przegrani
Przed rozpoczęciem mistrzostw wiele reprezentacji aspirowało do złota. Jednak pieniądze, czasem błędne decyzje sędziów, a także słabsza dyspozycja niektórych drużyn zweryfikowała końcowe miejsca na liście zwycięzców.
Hiszpania – Mistrz Świata z 2013 roku do turnieju przystępowała w gronie faworytów. Po wygranych z Algierią i Danią drużyna podopiecznych Manolo Cadenasa uległa w półfinale przyszłym zwycięzcom turnieju – Francuzom. W meczu o 3. miejsce Szczypiorniści z Półwyspu Iberyjskiego mierzyli się z reprezentacją Polski. Po dramatycznym meczu i dogrywce lepsi okazali się Biało-Czerwoni i to oni stanęli na najniższym stopniu podium.
Niemcy przystępowali do mundialu jako uczestnik, który dostał tzw. dziką kartę. Po wygraniu grupy i łatwym pokonaniu w 1/8 reprezentacji Egiptu nasi zachodni sąsiedzi musieli uznać wyższość Kataru. W ostatecznym rozrachunku reprezentacja Niemiec zajęła  7. Miejsce pokonując Słowenię 30-27.
Brązowi medaliści z mistrzostw świata z 2013 roku, reprezentacja Chorwacji zawsze wymieniana jest w gronie faworytów. Nie inaczej było tym razem. Podopieczni Slavko Goluža byli bezkonkurencyjni w swojej grupie wygrywając wszystkie mecze, a w półfinale mierzyli się z reprezentacją Brazylii pokonując ją 26-25. W ćwierćfinale Mistrzowie Świata z 2003 roku trafili na Polaków, którzy później zostali brązowymi medalistami i ostatecznie Chorwaci pojechali do domu zdobywając zaledwie 6. lokatę.
Duńczycy – druga drużyna globu z 2013 roku w tegorocznym czempionacie zajęła dopiero 5. miejsce. Jak na drużynę, która zawsze aspiruje do podium taka pozycja to katastrofa. Po dość obiecującym początku turnieju ( 2. Miejsce w grupie D) i wygranej z Islandią w 1/8 finału, przyszedł czas na przełknięcie gorzkiej pigułki w postaci przegranej w ćwierćfinale z reprezentacją Hiszpanii.


Te Mistrzostwa przejdą do historii nie tylko przez względy sportowe, ale także finansowe. Nam pozostaje się tylko cieszyć z brązowego medalu reprezentacji Polski, która powtórzyła sukces z 2009 roku. Już za rok Mistrzostwa Europy w Piłce Ręcznej Mężczyzn. Miejmy nadzieję, że przyszłoroczny turniej będzie równie owocny dla naszego kraju jak obecny zwłaszcza, żeZAWODY te odbędą się w naszym kraju.


















Efekt Neymara

Tegoroczne Copa America już prawie na półmetku, kolejne reprezentacje rozgrywają swoje ostatnie mecze grupowe. Jednak bardziej niż o wynikach rozmawia się o pozaboiskowych wybrykach największej gwiazdy reprezentacji Brazylii ostatnich lat - Neymara. 

Dla gracza hiszpańskiej Barcelony chyba nie ma gorszego przeciwnika niż Kolumbia. Podczas ostatnich Mistrzostw Świata, które odbyły się właśnie w Kraju Kawy, do starcia tych dwóch drużyn doszło w ćwierćfinale. Sam przebieg meczu nie wywołał większych emocji, jednak w drugiej połowie kolumbijski obrońca, Juan Zuniga brutalnie sfaulował brazylijską "10". To przewinienie oznaczało koniec turnieju dla Neymara, w konsekwencji czego Brazylia, bez swojej gwiazdy, w fatalnym stylu przegrała półfinał z przyszłymi triumfatorami mundialu - Niemcami.
 Obecnie, niecały rok po tym pamiętnym meczu drogi Brazylii i Kolumbii znów się skrzyżowały. W Copa America, czyli południowoamerykańskim turnieju odpowiadającemu naszym Mistrzostwom Europy los skojarzył te dwie drużyny już w fazie grupowej. I znów w roli głównej wystąpił Neymar, jednak tym razem to on nie wytrzymał ciśnienia i już po gwizdku sędziego kopnął piłkę w plecy przeciwnika. Zamieszanie, przepychanka z Carlosem Baccą, w końcu czerwona kartka i zawieszenie na cztery mecze, co dla reprezentacji oznacza, że o triumf w tych elitarnych rozgrywkach będzie szalenie ciężko.

Neymar na tych mistrzostwach już nie zagra i pojawiają się głosy, że dopóki nie opanuje emocji, to nie powinien grać w kadrze, a co więcej, być jej kapitanem. Copa America wchodzi w decydującą fazę, którą Neymar, tak jak i my, może zobaczyć jedynie w telewizji.

Jednak takie historie zdarzają się coraz częściej. Wystarczy cofnąć się do finału Mistrzostw Świata w roku 2006. Wtedy także presji nie wytrzymał kapitan reprezentacji Francji Zinedine Zidane, który za prowokujące odzywki chciał sam wymierzyć sprawiedliwość przeciwnikowi.

Wszyscy zastanawiają się, co jest powodem takiego zachowania. Otóż, obserwując różne rozgrywki piłkarskie od przeszło dekady, doszedłem do wniosku, że winni są nie sami piłkarze, ale kluby, które oferując zawodnikom "złote góry" i dając im wszystko, czego zapragną skazują ich na ogromną presję ze strony całego świata, co dla młodego piłkarza, który dopiero wkracza w dorosły futbol jest największą przeszkodą.

sobota, 30 maja 2015

Upadek telewizji

Zdałem sobie ostatnio sprawę z tego, że ja już w ogóle nie oglądam telewizji. Jeszcze rok temu, nie wyobrażałem sobie życia bez telewizora, teraz coraz częściej służy mi on tylko do oglądania filmów... z laptopa.

Myślę, że taki stan rzeczy ma wiele przyczyn, jednak największa jest oczywista i nazywa się Internet. Po co mam oglądać telewizyjne wiadomości, skoro nie dowiem się tam niczego nowego, czego nie przeczytałem w sieci kilka godzin wcześniej. Z resztą dla dziennikarzy źródłem informacji coraz częściej staje się przede wszystkim Twitter, który powoli zaczyna zastępować komentarzy ekspertów, albo wypowiedzi samych zainteresowanych. Mam gdzieś takie dziennikarstwo.

Rozrywki w telewizji nie uraczysz. Chyba, że interesują cię kolejne edycje nudnych talent show, gdzie gwiazdami są jurorzy, a nie startujący uczestnicy. Albo jesteś masochistą i lubisz oglądać polskie kabarety, które są śmieszne jak zeszłoroczny śnieg. Jest jeszcze trzecia opcja i jesteś życiowym kastratem niemającym towarzyskiego życia i w sobotnie wieczory oglądasz jak gwiazdy(?!) skaczą do wody. Przyznam się, obejrzałem fragment jednego odcinka, bo nie wierzyłem, że ktoś jest tak głupi, żeby coś takiego zrealizować. Niestety, to prawda, a najbardziej żal mi deski z której wybijał się niejaki Adam Kraśko, czyli rolnik, który szuka żony. Ale z opowiadań babci wiem, że nie znalazł.

Ostatnią rzeczą, która trzymała mnie w ramionach telewizji był mój ulubiony sport. Jednak od kiedy założyłem konto w „telewizji” internetowej, już nawet transmisje meczów nie zachęcają mnie do naciśnięcia przycisku w pilocie.

Do napisania tego tekstu w dużej mierze zachęcił mnie wpis chłopaków z „Make life harder”, którzy nie pozostawili suchej nitki na Kubie Wojewódzkim, który w ostatnim odcinku swojego show, wraz ze swoimi gośćmi z kabaretu Ani mru mru, krytykowali internetowych twórców, w tym między innymi Abstrachuje, czy właśnie MLF. Pozwolę sobie przytoczyć fragment riposty zamieszczonej na FB. „Podsumowując. Panowie, nam to nawet schlebia, że w telewizyjnym prime time licytujecie się o to, dla którego z was bardziej nie jesteśmy konkurencją. Jak dla nas możecie dalej odpierdalać manianę na Mazurskiej Nocy Kabaretowej i bawić do łez naszych dziadków. Możecie opowiadać dowcipy o policjantach w domu seniora w Zawierciu, a Pan Kuba może się dalej ubierać w Zara Kids i udawać, że jest głosem młodego pokolenia. Mamy to w dupie. Ale pogódźcie się z tym, że świat poszedł naprzód, poczucie humoru się zmieniło i Internet to nie jest już piaskownica, w której dzieci lepią babki z gówna. Internet to jest coś takiego, co już niedługo zabierze wam pracę, wyniesie na strych, a jak będzie miało ochotę, to jeszcze po drodze przyliże się z waszymi żonami. Tak że róbcie zapasy Biovitalu, idziemy po was.” Nic dodać, nic ująć!

Obywatel (nie)honorowy?

Wśród opolskich internautów po raz kolejny zawrzało. A wszystko przez głosowanie Rady Miasta, która uchwaliła pomysł nadania Honorowego Obywatelstwa Opola dla Miroslava Klose. Po jednej stronie barykady oburzenie, po drugiej radość. A areną spektaklu, którego fabułą są wzajemne obelgi, ponownie jest niezastąpiony Facebook.

Gdy tylko na fanpejdżu (ta pisownia jest straszna!), pewnej opolskiej gazety, opublikowana została informacja o nadaniu obywatelstwa Klosemu, pojawiło się kilkadziesiąt komentarzy. Niezły wynik jak na opolskie realia. Poprzednio, tak dużym zainteresowaniem „cieszyła się” informacja o nadaniu imienia Lecha Kaczyńskiego jednego z placów w mieście. Zrobiła się taka chryja, że administrator fp musiał usuwać najbardziej niecenzuralne (albo niewygodne) komentarze. Przeciwnicy tej inicjatywy założyli nawet wydarzenie na FB, które miało pokazać władzom miasta, że liczba niezadowolonych mieszkańców jest ogromna. Skończyło się na 3,6 tysiąca uczestników, co jednak nikogo nie przekonało do zmiany planów i plac im. Lecha Kaczyńskiego w Opolu istnieje. Jestem tylko ciekaw, ilu z protestujących wie, gdzie się znajduje.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Zdecydowana większość komentarzy jest mniej więcej takiej treści: „A co ten cały Klose zrobił dla Opola??!! On się nawet nie przyznaje do tego, że jest Polakiem!! Masakra!”. I z jednej strony jest to prawda, ale też nie do końca. Klose w Opolu się urodził i spędził kilka lat wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec Józef, to legenda Odry Opole. Jednak gra dla reprezentacji Niemiec. I to chyba boli najbardziej. W ogóle Klose w Polsce nie jest postacią lubianą, delikatnie mówiąc. Wytyka mu się, że wstydzi się miejsca swojego urodzenia, że ma gdzieś Polskę, że śpiewa niemiecki hymn. Ale mało kto wie, że uczy swoje dzieci języka polskiego i że święta spędza według polskiej tradycji. A że wybrał grę dla Niemiec? Przecież to tam tak naprawdę nauczył się piłkarskiego rzemiosła, tam spędził większość swojego życia.

Więc czy to obywatelstwo to dobry pomysł? Z jednej strony to Miro dla naszego miasta nic nie zrobił, oprócz tego, że się w nim urodził. No może poza promocją. Przecież przy każdej transmisji piłkarskiej (a umówmy się, Klose to nie jest jakiś tam podrzędny piłkarz, tylko mistrz świata i najlepszy strzelec w historii mistrzostw świata), komentatorzy podkreślają, że urodził się w Opolu. Promocja jest, tylko czy ma to jakiś wymierny skutek dla naszego miasta? Być może problem rozwiążę się sam i Klose tego obywatelstwa nie przyjmie. Wtedy pozostanie niesmak, a triumfalnych komentarzy na Facebooku nie będzie końca.

PS: Z ciekawości sprawdziłem listę honorowych obywateli Opola i w sumie to Klose i tak spełnia więcej kryteriów, niż niejedna osoba na tej liście (a wystarczyło tylko, że się tu urodził), więc może to nie jest taki beznadziejny pomysł?

PPS: Pisałem już, że bardzo lubię, jak pojawiają się takie kontrowersyjne tematy? A najbardziej lubię, kiedy dotyczą one Ślązaków, czy jak kto woli, Niemców. Wtedy strumień hejtu wylewa się z koryta, a spoceni z nerwów administratorzy pilnują, by żaden nieelegancki komentarz nie dostał zauważony i co gorsza, zalajkowany. Lubię to, bardzo.

czwartek, 26 marca 2015

Żyjemy w kraju ekspertów

Czasem odnoszę wrażenie, że my (Polacy) znamy się na wszystkim. Uwielbiam czytać komentarze pod internetowymi artykułami, także na Facebooku. Nie ważne, czy poruszany jest temat finansów, gospodarki, polityki, czy jakikolwiek inny. Zawsze znajdą się malkontenci, którzy wiedzą lepiej i oczywiście raczą dzielić się swoją nieprzeciętną wiedzą z pozostałymi internautami. Jako, że moją główną osią zainteresowania jest sport, to skupię się na internetowych ekspertach w tej dziedzinie życia.

Żeby nie nadwyrężać mojej mocno przeładowanej już pamięci, posłużę się przykładem, którym całe środowisko polskich kibiców żyje od kilku tygodni. Chodzi oczywiście o jutrzejszy mecz naszej piłkarskiej reprezentacji, która w Dublinie walczyć będzie o trzy punkty z reprezentacją Irlandii. Wszystko zaczęło się od informacji, jakoby trener Nawałka nie znalazł miejsca w składzie dla Kuby Błaszczykowskiego, czyli wieloletniego lidera i kapitana naszej drużyny. Internetowa lawina krytyki zalała fanpejdże najbardziej poczytnych gazet i portali. Internetowi eksperci nie pozostawili na selekcjonerze suchej nitki, przecież to Błaszczykowski, on gra w Borussi, a na EURO w Polsce strzelił gola na wagę remisu z Rosją. Nie liczył się dla nich fakt, że Kuba nie grał w piłkę przez kilka miesięcy i według selekcjonera, nie był gotowy na grę w tak trudnym meczu. Pojawiały się artykuły, których głównym celem było doszukiwanie się sensacji, jakoby między trenerem, a skrzydłowym narodził się konflikt, którego podłożem miałaby być rzekoma niechęć Błaszczykowskiego do Roberta Lewandowskiego, a także niezadowolenie z faktu, iż to właśnie napastnik Bayernu jest kapitanem reprezentacji. Oczywiście podobne teksty stawały się pożywką dla pseudo-ekspertów i spirala nienawiści nabierała coraz większych rozmiarów. Naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego Ci ludzie nie mogą zaufać trenerowi Nawałce. Przecież to on dał nam powody do bycia dumnym z naszej reprezentacji, pod jego wodzą odnieśliśmy historyczną wygraną nad Niemcami. To on pokazał, że ma świetną intuicję, która pozwala mu na dokonywanie odpowiednich wyborów. Założę się, że większość tych wirtualnych ekspertów łapała się za głowę, kiedy Nawałka powoływał Sebastianą Milę, a potem powtórzyli ten gest, kiedy pomocnik Lechii Gdańsk wbił gwóźdź do trumny mistrzom świata, zdobywają bramkę na 2:0.
Dosłownie kilka godzin temu pojawiła się informacja, mówiąca, iż w jutrzejszym meczu w polskiej bramce stanie Łukasz Fabiański. I co? W internecie już pojawia się grom komentarzy, że "to najgorszy z możliwych wyborów" i "Nawałka nie wie co robi". A przecież Fabiański jako golkiper Swansea zbiera świetne recenzje od brytyjskiej prasy i nie raz w tym sezonie był bohaterem swojej drużyny. Ale co ja tam wiem...

Z oczywistych względów pragnę, aby nasi piłkarze wyjechali ze stolicy Irlandii z tarczą, bo będzie to znaczny krok w kierunku francuskiego EURO. Jest też inny powód. Mam nadzieję, że piłkarze, którzy w kadrze zajęli miejsce Błaszczykowskiego, pokażą się jutro z dobrej strony, a Łukasz Fabiański zostanie jednym z ojców naszej wiktorii. Na pohybel wszystkim internetowym znawcom i ekspertom.